Mój pobyt na antypodach dobiega końca więc jak sądze jest to ostatni wpis na tym blogu a swoją aktywność przeniosę do działu off-road. Plan wykonany w 99%. W tym czasie byłem trzy razy w Nowej Zelandii, udało mi się odwiedzić prawie wszystkie stany Australii (Nortern Teritory, Western Australia, Queensland, New South Wales, Australian Capital Teritory, Tasmania, Victoria). Prawie, bo nie byłem w South Australia ale z prostej przyczyny — tam nic nie ma. Jedyne co mogło mnie ciągnąć do South Australia to oddanie butelek po 5 centów za sztuke których jakby nie było się troche uzbierało. W Australii butelki skupują tylko w South Australia dlatego żal mi ludzi z Nortern Teritory. A skupują wszystkie butelki: plastikowe ,szklane.. nawet z żywca. Przejechałem parchem około 14 000 km oraz jakieś 8800 km w wypożyczonych autach tam gdzie parcha sie nie dało zatargać. 14 razy gdzieś leciałem samolotami. Muszę przyznać że zobaczyłem ładny kawałek Australii nie mniej jednak nie chciałbym tu mieszkać na stałe.
czytaj dalej
Ostatni wolny weekend w Nowej Zelandii postanowiłem wykorzystać intensywnie. W sobote Mount Ruapehu w środkowej części północnej wyspy a w niedziele Mount Taranaki na zachodzie. Ekstremu całej przygodzie dodaje fakt że Mount Ruapehu jest wulkanem aktywnym i ostatnia erupcja wystapiła w 2007 roku. Krater otoczony jest trzema stromymi urwiskami z których najwyższy ma 2797 metrów nad poziomem morza. Wnętrze krateru stanowi jeziorko wypełnione wodą o temperaturze powyżej 20 stopni. Bezustannie uwalniane są gazy — na tej wysokości nie jest to dobra mieszanka do oddychania dlatego spędziłem tam tylko około 10 minut (dały się we znaki problemy z oddychaniem). Wulkan ten zimą zamienia się w gigantyczny raj narciarski — wszędzie pełno wyciągów krzesełkowych. Jeden wyciąg czynny jest także latem więc można podjechać kawałek i w zasadzie wędrówke rozpoczyna się z około 1900 metrów.
czytaj dalej
Znowu znalazłem się w Nowej Zelandii — tym razem delegacja do biura w Wellington więc za dużo podróży nie będzie. Pracuję tu do końca marca z tym że 6 marca polece na tydzień do Melbourne pozamykać sprawy przed powrotem do Polski a przy okazji jeszcze złapać australijskiego słoneczka. Wellington jest zdecydowanie inne niż Melbourne. Mniejszy ruch, życie toczy się tu duzo spokojniej — jak przystało na Nową Zelandię. Miasto jest otoczone górami — nawet centrum też zostało zbudowane na stromych skarpach np są dwie równoległe ulice ale żeby z jedej dotrzeć do drugiej, trzeba jechać windą. Niezliczona ilość stromych, krętych uliczek. Poniżej kilka fotek Wellington z Mt Victoria lookout na który to można dostać się leśnym szlakiem lub drogą asfaltową. Cieszę się że mogę tu troche pomieszkać — dobrze że tylko miesiąc. Podstawowa wada to taka że tu niewiele jest (porównując do Melbourne).
czytaj dalej
Kiedy w 2006 roku opuszczałem Nową Zelandię, byłem przekonany że już więcej nie będzie mi dane tu wrócić ze względu na odległość i wysokie koszty. Los okazał się przewrotny i tym razem wycieczka do Nowej Zelandii to była tylko kwestia 3 godzinnego lotu przez morze Tasmana. W styczniu odwiedzili mnie Michał z Agnieszką więc tak ustawiłem swój urlop żeby się razem kopnąć do kiwusowa. Przeznaczyliśmy 9 dni na wyspę południową podróżując wypożyczonym samochodem i nocując głównie pod namiotami. To ciekawe ale z zupełnie nowych miejsc chciałem zobaczyć tylko lodowce Fox i Franz Joseph. Generalnie zależało mi aby pojechać w te same miejsca w których już byłem a które urzekły mnie ogromnie podczas mojej podróży w 2006 roku. Do tych magicznych miejsc zaliczam Fiordland, Milford Sound, rejony Mt Cook. Mógłbym tam wracać co rok.
czytaj dalej
Minął tydzień od wyprawy na Fraser Island i kolejna wycieczka — Mount Bogong. Jest to najwyższy szczyt stanu Victoria a nazwę zawdzięcza pewnemu gatunkowi ciem. Ćmy Bogong w każdą wiosnę nadlatują z gorącego Queenslandu w chłodniejsze alpy Australijskie. Zawierają one pewien poziom arszeniku który po śmierci przenika do środowiska i podobno istnieje spore zagrożenie dla innych gatunków zwierząt żyjących w alpach Australijskich. Zatem w sobote pojechaliśmy z Sylwią i Tomkiem do Mount Beauty — miejscowośc ta stanowi bazę wypadową na Mount Bogong. Jeszcze celem wyjaśnienia — Mount Beauty to — nie wiedzieć czemu — miejscowość, nie góra. Wyjechaliśmy z Melbourne o rozsądnej godzinie bez pośpiechu i na miejscu byliśmy wieczorkiem.
czytaj dalej
Zaległości się ciągną i nie było czasu aby je nadrobić więc dopiero teraz parę słów na temat mojej ciekawej świątecznej wyprawy na Fraser Island moim niezawodnym nissanem. Do pokonania było w jedną stronę ponad 2000 km czyli całkiem sporo mając jedynie 11 dni na ten projekt. Możnaby pomyśleć że na samą podróż straciłem większą połowę urlopu ale to nie prawda. Sama podróż samochodem przez wschodnią australię też jest sama w sobie niesamowita. O ile w zachodniej i środkowej australii dominuje bezlitosny outback to na wschodnim wybrzeżu New South Wales i południowym Queenslandzie krajobraz zmienia sie jak w kalejdoskopie.
czytaj dalej
W końcu jest czas żeby nadrobić zaległości więc jest relacja z wyprawy do zachodniej australii. Tym razem chodziło mi o kompletny relaksik na plaży, noclegi w hotelach i żarcie lepsze niż z puszki więc wybrałem się z dwoma małżeństwami z dziećmi — tak, ryzyko było. Cel bł taki aby w Perth wypozyczyć 8-osobowego vana i podążyć nim aż do coral coast 1100km które słynie z przepięknej rafy koralowej. Życie jednak zweryfikowało nasze plany i dotarliśmy do shark bay gdzie spędziliśmy kilka dni — cóż, mając 1 tydzień urlopu szkoda tracić czas na przejazd, zwłaszcza że za szybą nic nie ma. Do Perth poleciałem sam w sobote 6-ego grudnia wcześnie rano by po południu dołączyć do reszty ekipy — miałem parę godzin na zwiedzanie Perth.
czytaj dalej
Mało kto wie ale właśnie odbywają się w MelbourneMistrzostwa Świata w piłce nożnej bezdomnych. Przyznam że kiedy się o tym dowiedziałem od razu przyszło mi do głowy skojarzenie z Monty Pajtonem :) Mistrzostwa trwają od 1 do 7 grudnia więc z ciekawości poszedłem na mecz Polska Australia odbywający się na Federation Square. Zaczęło się niekorzystnie dla naszych, było już 3:1 dla ozi gdy nagle energia wstąpiła w naszych graczy i szybko odrobiliśmy strate — duża w tym zasługa kibiców którzy mocno dopingowali naszą drużynę (też mam w tym swój udział). Zwycięstwo 6:5 !!!!
czytaj dalej
Ostatnio w Melbourne utrzymuje się dość nieciekawa pogoda, jak nie pada to wieje, rano chmury i zimno, wieczorem słońce i ciepło, nawet grad był niedawno. W ostatni weekend udało mi się wstrzelić w jeden dzień dobrej pogody którym okazała się niedziela. Krótkie przekartkowanie przewodnika i wypatrzyłem Mitchell River National Park w Gippslandzie około 300 km od Melbourne. Sądząc po nazwie można było się tam spodziewać rzeki, dodatkowo po powtórnym przeczytaniu tekstu (tym razem ze zrozumieniem) okazało się że jest tam też jaskinia z którą wiąże się aborygeńska legenda — Den of Nargun czyli po naszemu “jaskinia Narguna” ów Nargun według wierzeń aborygeńskich to stwór pół człowiek, pół kamień który żył w tej jaskini i porywał dzieci a każda włócznia wyrzucona w jego stronę wracała grotem skierowana do rzucającego.
czytaj dalej
Ostatni raz na Tasmani bylem w kwietniu. Wypożyczyłem wtedy samochód w Devonport i ruszyłem w kierunku Cradle Mountains. Jako że pogoda była kiepska następnego dnia zwiedzałem jedyne suche miejsca na tej wyspie wtedy — jaskinie. Tym razem postanowiłem wziąść Patrola na prom i zapuścić się w najodleglejsze rejony Tasmani — Southwest National Park a także zobaczyć Hobart i Port Artur mając nadzieje że pogoda będzie lepsza. Prom na Tasmanie wypływa regularnie z Melbourne codziennie o 20-ej (o tej samej porze drugi taki prom wypływa z Devonport) — czas rejsu to 11 godzin. Jest to super sprawa bo do celu promy dopływają o 7 ej rano następnego dnia i nie traci się dnia na dojazd a cena jest bardzo przystepna jak za tak odległy transport gdyż “Spirit of Tasmania” jest dofinansowywany przez australijski rząd.
czytaj dalej
Dwa tygodnie temu odwiedziłem wreszcie jakiś offroadowy event — Melbourne 4x4 Show. A że odbywał się w zamkniętej hali Melbourne Exhibition Centre to niespodziewałem się jakichś emocjonujących wydarzeń. Na ogromnej powierzchni ponad 150 wystawców przedstawiało swoje produkty. Moznabylo po bardzo atrakcyjnej cenie zopatrzyć się w wyciągarkę ironmana, blokade ARB-a, zawieszenie tough doga lub całą masę różnych innych offroadowych przydasiek. Spokojnie mógłbym tu wydać wszystkie oszczędności ale powstrzymywała mnie perspektywa nie taniego transportu tych wszystkich dóbr do Polski. Wystawiano też niesamowite offroadowe przyczepy kempingowe za 30000$ (całe domy na kółkach), najnowsze modele “japończyków” a także sprzęt wędkarski. Co kilkadziesiąt minut były różne demonstracje lub występy osobistości ze świata offroadu.
czytaj dalej
Gdyby nie opera i harbour bridge — “wieszak na ubrania” jak niektórzy mówią — to Sydney byłoby najzwyklejszym nowoczesnym miastem jakich pełno. Wystarczyło wybudować kilka “ikon” aby co roku przybywało tutaj kilka milionów turystów. Pierwszy raz w Sydney byłem w 2006 roku podczas powrotu z Nowej Zelandii kiedy to miałem 7 godzin czasu do samolotu do Europy. Wtedy niemal w biegu załatwiłem opere i most i już trzeba było wracać na lotnisko — byłem przekonany że już wiecej mi się nie zdarzy tutaj być. Los okazał się przewrotny i oto znowu przybyłem do Sydney — tym razem w ramach weekendowej wycieczki z małym plecaczkiem co by mało za bilet lotniczy zapłacić. Tym razem na spokojnie mając całe 2 dni zwiedziłem Hyde Park Barracks Museum, Sydney Museum, plaże Bondi. Popłynąłem promem do Manly.
czytaj dalej
Tym razem chciałem się troche “scharatać”. W tym celu wstałem wcześnie rano żeby pojechać do Willsons Promontory oddalone 230 km od Melbourne by potem zrobić 10 godzinną trasę do latarni morskiej i spowrotem i następnie wrócić do Melbourne — wszystko w jeden dzień. Willsons Promontory to park narodowy którym został objęty najbardziej na południe wysunięty półwysep australii. Jest tu mnóstwo szlaków w gęstym buszu jak i tzw “coastal tracks” — szlaków wzdłuż wybrzeża. Pełno tu najróżniejszej zwierzyny — zwłaszcza misiów koala. Widziałem też węża, emu, dwie jaszczurki i kilka innych stworzeń znanych mi z ilustrowanych podręczników do biologii. Ogólnie duszno i sucho a to dopiero wiosna.
czytaj dalej
Kolejna wycieczka — tym razem było bez planowania, decyzja podjęta zaledwie 2 dni przed wyjazdem. Tomek z Sylwią zaledwie dzień wcześniej kupili namiot. Była to wyjątkowa wycieczka gdyż nocowaliśmy na kempingu, nasz cel — alpy australijskie — byl jak na razie najbardziej odległym od Melbourne — około 330 km, pierwszy raz miałem okazje przetestować wykombinowane przeze mnie łóżko w Patrolu. Mount Buffalo to rozległe plateau w alpach australijskich objęte parkiem narodowym “Mt Buffalo National Park” — jest tu około 100 km różnego rodzaju szlakow i każdy oferuje zapierające dech w piersi widoki. Moim skromnym zdaniem jest to najładniejsze miejsce jakie widziałem w Victorii. Po drodze w rejon Mt Buffalo zahaczyliśmy o Glennrowan — miasteczko w którym złapano legendarnego zbója i morderce Neda Kellego
czytaj dalej
W sobote wybrałem się z Pawłem i Anią zobaczyć kopalnie złota a właściwie to co z nich zostało w pobliżu Ballarat. Wiedziałem że ryzyko jest nie małe gdyż znów skorzystałem z fatalnej książeczki ‘Day Walks from Melbourne’ (patrz poprzedni post) ale opis tej wycieczki zaczynał się od ‘This fascinating walk…’ więc pomyślałem że musi być niesamowicie. Pojechaliśmy do Chewton i dalej jeszcze kilometr drogą szutrową na parking w lesie. Potem szliśmy wzdłuż dawnego akweduktu który doprowadzał wode do wielkiego koła które napędzało maszyny do kruszenia,płukania urobku. Koła już dawno nie było (ukradli albo zgniło) zostało tylko mocowanie. Kiedy tak szliśmy w końcu zobaczyliśmy stare szyby kopalni złota. Ogrodzone solidnie żeby nie wpaść do dziury i nawet kilka fundamentów po jakichś domkach.
czytaj dalej
Starsze posty